autor: Bartosz ‘Kastor Krieg’ Chilicki
ilustracje: Nina ‘LeafOfSteel’ Garncarczyk
W niespełna godzinę po zachodzie słońca, na parking eleganckiego i wysmakowanego w prostocie swej fasady budynku Muzeum Sztuki Antycznej na rogu 14ej i Halloway’s Drive z cichym szumem niskoprofilowych opon wtoczył się pojazd, zdawałoby się, zupełnie nieprzystający do tego miejsca. Doskonale odrestaurowane, prowadzone przez młodą, rudowłosą dziewczynę sportowe coupé - piękny, muskularny Ford Mustang z ‘72 roku - zamiast zaparkować na jednym z miejsc dla gości, zatrzymało się w pobliżu umiejscowionego z tyłu wejścia dla obsługi. Samochód, jeśli nie liczyć soczyście czerwonej maski, był całkowicie czarny, matowy do tego stopnia, że niemalże nie odbijał ciężkiego pomarańczowego światła sączącego się z nielicznych niestłuczonych jeszcze ulicznych latarni. Nawoskowana maska pyszniła się jednak połyskliwą czerwienią godną co najmniej Ferrari, a z pewnością zdolności niejednej manikiurzystki. Szum bieżnika na starym, spękanym od letniego słońca asfalcie umilkł. W chwilę później ucichł również basowy pomruk silnika.
Drzwi otworzyły się z charakterystycznym miękko-pustym odgłosem. Dźwięk poniósł się po opustoszałym parkingu i drzwi pozostały uchylone przez kilka sekund. Wysiadając, dziewczyna zawahała się, niczym złodziej liczący się z obecnością obserwatorów. Zmieniła jednak zdanie i ze skrzypnięciem denimu ocierającego się o skórę foteli wysiadła z samochodu. Podkute, ciężkie obuwie stuknęło metalicznie i głucho o asfalt, dłonie ubrane w pozbawione palców, zapinane na rzepy, skórzane rękawiczki zamknęły drzwi. Ze środka zabrała jedynie ochronną kurtkę motocyklową, za małą na drobną dziewczynę przynajmniej o rozmiar. Rudowłosa narzuciła ją na plecy, poprawiając odkrywający brzuch top i pośpiesznie zmierzając w kierunku wejścia dla obsługi. Sięgnęła do tyłu, ku rozpuszczonym kędziorom i wyciągnęła je spod kurtki, rozrzucając lekko na ramionach i przykrywając nimi wymalowany na plecach Żelazny Krzyż opisany literami “LRRH”.
Po drodze, z tylnej kieszeni podartych i przyozdobionych podoszywanymi na paskach materiału cienkimi stalowymi kółkami dżinsów, wydobyła pojedynczą kartę identyfikacyjną. Podeszła po kilku schodkach do litych, pozbawionych klamki czy uchwytu stalowych drzwi, spojrzała w obiektyw zawieszonej nad nimi kamery przemysłowej. Na umieszczonej przy drzwiach płytce wystukała kilkanaście cyfr i przesunęła plastik karty tuż przed miejscem, gdzie na drzwiach powinna być klamka. Dał się słyszeć cichy syk rozprężanego powietrza, potem stłumiony szum przesuwających się w pionie i poziomie rygli, aż wreszcie drzwi ustąpiły z nieznacznym szczęknięciem. Weszła i drzwi zatrzasnęły się, ryglując się za nią na nowo.
Po drugiej stronie ulicy, w zakrytej cieniem alejce, w kałużę ciśnięty został żarzący się jeszcze niedopałek.
Wnętrze kryjące się za drzwiami okazało się nie być pomieszczeniami dla obsługi muzeum, jako że takowa nie funkcjonowała. Muzeum jako całość stanowiło prywatną własność Madame Toussard, a przywilej zwiedzania go był dostępny jedynie nielicznym. Korytarze w całym budynku wytapetowane były ciemnozielonym suknem, kosztowny mahoniowy parkiet wspaniale poskrzypywał pod krokami. Prosta, aczkolwiek bardzo elegancka, boazeria zdobiła ściany. Minąwszy trzy pary zamkniętych drzwi, rudowłosa dotarła do otwartego gabinetu. Przy stoliku, zajętym w większości przez zieloną biblioteczną lampę oraz kosztownie wyglądające woluminy i sterty dokumentów, siedział starszy od niej, dobiegający może pięćdziesiątki, niemal całkowicie posiwiały mężczyzna, ubrany w szarawy sweter z grafitowym wzorem i spodnie od garnituru. Na jej widok wstał od stołu, uśmiechnął się skinąwszy jej lekko na powitanie i zaczął składać dokumenty nad którymi pracował.
- Witam panienkę. Jeśli tylko można, poskładam to wszystko - uśmiechnął się lekko, spoglądając z niejaką przyganą na zalegające stół papierzyska - i już panienkę wprowadzam. Przywieziono nam wczorajszej nocy kilkaset woluminów do biblioteki pana Tranquile, wciąż jeszcze nie udało mi się wszystkiego skatalogować - mówił spokojnym, nieco żartobliwie przepraszającym, pozbawionym zbytecznej uniżoności tonem, na jaki zdobywać się wolno wyłącznie starym, zaufanym służącym.
Wybrał z zajmujących stół kartek kilkanaście, włożył je razem do tekturowej, zapinanej na zatrzask teczki, resztę kartek zaś złożył, postukując nimi o blat stołu, by ułożyły się możliwie najrówniej. Zadowolony z osiągniętego efektu, odłożył je na stół i zgasił lampkę. Skinął ponownie rudowłosej jak gdyby przepraszając za to, jak długo cała procedura trwała. Opuścili gabinet i ruszyli dalej korytarzem. Służący szedł przodem, otwierając coraz to nowe drzwi. Sukno na ścianach zmieniło się z głębokiej butelkowej zieleni w doskonale dobrany odcień bordo, kontrastujący z jasną boazerią. Korytarz rozszerzał się w miejscu gdzie napotykał schody. Tam też służący zatrzymał się, obracając do dziewczyny i wskazując je dłonią.
- Pani Toussard czeka w swojej sypialni, na piętrze. Będzie panienka łaskawa wspomnieć, że pan Gerrard prosił o kontakt w sprawie najnowszych eksponatów?
- Oczywiście, Henryku - odrzekła rudowłosa ciepłym, lekko chropowatym, bardzo przyjemnym dla ucha głosem
- Mam nadzieję, że dzisiejsza archiwizacja eksponatów pójdzie ci równie sprawnie co zawsze.
- Ja także żywię taką nadzieję, panienko - powiedział z lekkim uśmiechem służący, w odpowiedzi na co dziewczyna skinęła głową i popatrzyła za nim, gdy oddalał się w stronę swojego gabinetu. Odwróciła się do schodów i postawiła nogę na pierwszym ich stopniu. Zatrzymała się jednak, wahając się wyraźnie.
Odchrząknęła, w oczywisty sposób zdenerwowana perspektywą spotkania z panią Toussard. Zapięła jeszcze raz rzepy rękawiczek, spojrzała na wypolerowane nosy butów, poprawiła na sobie czarny top i kurtkę. Nie zauważywszy niczego nadmiernie nagannego, uniosła lekko głowę i ruszyła w górę schodów.
Sypialnia Madame Toussard zamknięta była parą ciężkich, dębowych drzwi na bogato kutych mosiężnych zawiasach. Rudowłosa odczekała chwilę przed nimi, po czym zapukała delikatnie, taktownie.
- Wejdź, drogie dziecko - rozległ się zza drzwi głos należący do kobiety ewidentnie niemłodej, aczkolwiek o intonacji wyjątkowo godnej, z ledwie zauważalnym francuskim akcentem. Głos prawdziwej kobiety, cecha szlachetnej krwi, któremu delikatna sugestia obcego akcentu przydawała tylko egzotyki i tajemniczości. Pogodny, przyzwalający ton pozwalał spodziewać się przyjaznego powitania ze strony pani Toussard.
Tak też i było. Gdy tylko dębowe drzwi odsłoniły sypialnię, przed oczyma dziewczyny ukazała się sylwetka pani tego domu, wysokiej i szczupłej szatynki, nie mającej więcej niż czterdzieści lat. Jej doskonale utrzymaną figurę okrywał wyłącznie kusy szlafrok z burgundowej, obszywanej czernią satyny. Pani Toussard stała na środku sypialni w doskonale dopracowanym kontrapoście ciężar na prawej stopie, stopa lewa odciążona, wysunąć w lewo i nieznacznie w przód; prawa dłoń trzyma kieliszek z winem, uniesiona z nim na wysokość twarzy, niby do pozdrowienia, podparta w łokciu lewą, ułożoną poprzecznie; znieruchomieć, lekki uśmiech i przechyliwszy głowę, jakby pytająco, lecz nie nachalnie, unieść brew - za plecami mając skryty za przyciemnianą szybą, ale nadal przyjemnie grzejący, kominek. Bose stopy odkrytych przez szlafrok długich i wyjątkowo zgrabnych nóg skrywało włosie rozłożonego przed kominkiem futra.
Rudowłosa podeszła spokojnym, jednostajnym krokiem do pani Toussard i uklękła przed nią na jedno kolano, ujmując w szczupłe palce podaną jej lewą dłoń i całując czarny, szlifowany w karo kamień wprawiony w umieszczony na serdecznym palcu srebrny, gustowny sygnet.
- Matko - powiedziała cicho, nie wstając, ani nie wypuszczając dłoni z pełnego szacunku uchwytu.
- Wstań, Anno.
Dziewczyna powstała, oczekując aż Madame Toussard odezwie się sama. Ta jednak, nim to zrobiła, przemierzyła pokój spokojnym krokiem, wyłącznie po to, by odstawić kielich wina na stół i podnieść leżącą na nim czarną kartę dostępową, podobną do tej, jaką rudowłosa posłużyła się przy wejściu. Anna obserwowała ją spod opuszczonych powiek, szaleńczo zazdroszcząc podkreślonego przez cieniutki srebrny łańcuszek kształtu kostki.
- Zostałaś zawezwana nie bez przyczyny. Pamiętasz panią de Rouvienne - zawieszając głos, pani Toussard nie pytała, a jedynie stwierdzała oczywistość.
Pani de Rouvienne, jakże mogłaby nie pamiętać. Anna pomyślała, że przypomina sobie wyraźnie, jak nie dawniej niż dwa miesiące temu musiała pojechać na kampus uniwersytecki i wybrać dla pani de Rouvienne “młodego, miłego oku mężczyznę, w możliwie najlepszym gatunku”. Ta kobieta jest obecnie Najstarszą miasta. Jej stan jednak jest określany jako poważny, zbliża się dla niej kolejne Zaćmienie. Potrzebuje tego, czego trzeba nam wszystkim - potrzebuje bardziej niż kiedykolwiek. Ma również nader wyrafinowany smak - nie wzgardzi jedynie owocami najlepszej selekcji. Rudowłosa stwierdziła w duchu, że albo Madame Toussard zbytnio schlebia jej gustom odnośnie mężczyzn, albo rzeczywiście Najstarsza zasmakowała w jej poprzednim wyborze. Być może nawet aż nadto, skoro oto nagle jej usługi stają się nieodzowne po raz kolejny.
Skinęła powoli głową, nie ośmielając się przerywać i czekała na ciąg dalszy wypowiedzi. Kieliszek stanął na dębowym blacie stołu, a Madame Toussard odwróciła się do niej.
- Zrobisz co do joty to samo, co dwa miesiące temu. To jest karta dostępowa do garażu w posiadłości rodu de Rouvienne - powiedziała przesuwając czarny plastik po blacie w kierunku Anny, która nieomal nie upilnowała mimiki. Prawie skrzywiła się na myśl o tym, że de Rouvienne traktuje ją nie jak gościa, a niczym sługę, wpuszczanego przez pomieszczenia dla służby. Matka musiała być jej winna sporą ilość przysług, skoro zgadza się na takie traktowanie swej córki.
- Pamiętasz, co do ciebie należy.
Znów stwierdzenie zamiast pytania. Przyklęknąć, skłonić głowę, zgodnie z protokołem. Pięść na sercu, głowa spuszczona na pierś.
- Tak, Matko. Wszystkiego dopilnuję.
Czyżby błysk zadowolenia w jej oczach? Nie, wmawiam sobie. Choć może był tam przed chwilą cień aprobaty, teraz na twarzy Madame Toussard gościł jedynie formalny uśmiech. Anna wstała i zbliżyła się do stołu. Wzięła pozostawioną tam kartę, skłoniła się zajętej już jakąś książką Matce i opuściła pokój.
Zaraz za drzwiami, skręciwszy w korytarz wiodący ku schodom, wpadła na wysokiego, pachnącego subtelną wodą kolońską młodzieńca. Zaskoczona, ledwie zdążyła zatrzymać się, by nie wpaść mu w ramiona.
- Dobry Boże, przepraszam najmocniej - wyszeptała solidnie przestraszona zajściem, jednocześnie taksując półdługie blond włosy, przystojną młodą twarz i dwurzędowy garnitur skrywający nienaganną sylwetkę. Uśmiechał się, nie wziął tego do siebie. Co za szczęście, odetchnęła z ulgą - Pan wybaczy, jestem nadto skłonna do błąkania się po korytarzach zatopiona w swoich myślach.
- Ależ bynajmniej. Pani pozwoli, Tybald de Morignac - odparł szarmancko unosząc podaną mu dłoń i składając na niej miękki, elegancki, niemalże czuły pocałunek - Nie śmiałbym przerywać pani rozmyślań - uśmiech jego zielonych oczu spodobał się Annie na tyle, że odnotowała w pamięci, by spróbować kiedyś nawiązać znajomość z kawalerem de Morignac.
- Anna d’Arcille, bardzo mi miło - odparła z uwodzicielskim uśmiechem - Pan wybaczy, nie będę pana zatrzymywać, domyślam się, że przybył pan w ważnych sprawach, a i ja nie dysponuję obecnie swoim czasem.
- Oczywiście, życzę zatem pani owocnej nocy - skłonił jej się grzecznie.
- I wzajemnie - odwzajemniła ukłon i ruszyła dalej korytarzem.
Tuż przed schodami dobiegł ją głuchy odgłos zatrzaskiwanych i zamykanych na klucz ciężkich dębowych drzwi.
Siedząc już z powrotem w samochodzie, Anna zamyśliła się, zasłuchana w miarowy pomruk silnika. Gdzie w środku nocy znajdę mężczyznę dla tej całej de Rouvienne? W jakimś klubie, to oczywiste. Dobra, pomyślała wykręcając z parkingu, Maszynownia będzie w sam raz. Jeszcze tylko jeden telefon i możemy ruszać.
Skończywszy rozmowę, schowała komórkę do wewnętrznej kieszeni kurtki, przegazowała lekko silnik, wrzuciła bieg i ruszyła ze zrywem, wyjeżdżając na ulicę i kierując się na południe miasta. W zaułku kolejny niedopałek nakreślił jaskrawopomarańczowy łuk i z sykiem wpadł do kałuży. Zapaliła się para mocnych halogenów, dał się słyszeć silnik cofającego samochodu, po czym nastały już ciemność i cisza.
Maszynownia nie była jednym ze zwyczajnych miejskich klubów, do jakich uczęszczać zwykły bogate i znudzone codziennością pociechy nie mniej bogatych rodziców. Nie było selekcji, nie było zaproszeń. Miejsce nie miało chyba nawet porządnego adresu. Każdy, kto miał prawo wiedzieć, gdzie Maszynownia jest, wiedział. Wieści rozchodziły się szybko. Selekcja nie była absolutnie potrzebna. Podobnie zresztą jak ochrona. Klientelę Maszynowni stanowili upięci pod szyję koronkami i jedwabiem goci, ale i obwieszone kolcami puncury. Opancerzeni w denim, stal i skóry metale z bikersami, czy zakolczykowani na miarę możliwości swojej skóry przedstawiciele “kultury alternatywnej”. Selekcja dokonywała się sama. Jeśli byłeś w stanie przetrawić taką mieszankę i nie wszczynać burd, ani nie rzucać zniesmaczonych muzyką czy różnorodnością ludzi spojrzeń, byłeś zostawiany w spokoju. Jeśli tylko cokolwiek było nie tak, klub bronił swego. Do upadłego, a przyłożyć każdy umiał i miał ochotę. Bywalcy z czasem zaczynali traktować Maszynownię jak wspólne leże, dostępu do którego należy bronić przed wszystkimi usiłującymi zakłócać istniejący porządek rzeczy.
Schodząc do zadymionego wnętrza klubu po krętych schodach z zardzewiałej, ażurowej stali, Anna wypatrywała znajomych twarzy. Spojrzenie na zręczne, pokryte skomplikowanymi spiralami tatuaży dłonie przyrządzającego drinki barmana, powitalne skinięcie skierowane do siedzącej przy barze kobiety o nienagannej platynowoblond fryzurze, uśmiech gdy zostało odwzajemnione. I dalej, między ludzi, w dym i gwar rozmów. Kolejne kręcone schody zabrały ją z powrotem w górę, do sali gier. Rzutki i automaty nie cieszyły się nabyt wielkim powodzeniem, jak zwykle zresztą. Komputery podłączone do Sieci jednak obstawione były co do jednego. Cztery ustawione w dalszej części pomieszczenia stoły do bilardu były również zajęte. Długowłosi, zadbani mężczyźni o aparycji modeli wyjętych z żurnala autorstwa projektanta z fetyszem na modę dawno passé - garnitury stylizowane na surduty, kamizelki, jedwabne koszule z wyłogami, zdobione przez koronki, fulary pod szyjami, pełen szyk.
Krew i Wino, nasza złota młodzież, pomyślała Anna. Cóż, przydadzą się przynajmniej. Wyłowiła spośród nich najprzystojniejszego, blondwłosego Aleksandra, podrzuciła kurtkę na ramionach, układając na nich włosy, przywdziała najbardziej uwodzicielski ze swych uśmiechów, poparła go Krwią i ruszyła do natarcia.
W kwadrans później, niemal pijani prędkością, ścigali się ze śmiechem ulicami miasta, ona w czarno-krwistym Mustangu, on w swoim chromowanym Skyline’ie. Odurzony jej słowami, zapachem bogatym siłą Krwi, nie miał wyboru, musiał przyjąć warunki tej odwiecznej gry i ulec w niej, dokładnie tak, jak zostało to zaplanowane. Celem tego szaleńczego wyścigu była rezydencja de Rouvienne, położona na malowniczym wzgórzu, kilkanaście kilometrów od klubu. Puste późną nocą ulice rozmywały się w ciągłą smugę świateł i plam ciemności, latarnie śmigały ze świstem obok nich, kierowcy pojedynczych samochodów obecnych na drodze o tej porze zwalniali z lękiem, gdy Mustang i Skyline wyprzedzały ich, na podobieństwo rozwrzeszczanych demonów, rycząc uwielbiającymi takie traktowanie silnikami, łyskając ksenonowymi ślepiami, tnąc powietrze i pożerając kilometry asfaltu.
Niespełna dziesięć minut później oba samochody wtoczyły się, koło w koło, przez bramę z kutego żelaza, na posesję rezydencji de Rouvienne. Przejechały spokojnie pod sam dom, drogą otoczoną klombami i drzewami, szerokim łukiem okrążającą rozległy, zadbany park, zalany blaskiem lamp stylizowanych na uliczne latarnie gazowe. Wysiedli oboje, spoglądając na siebie pożądliwie, w każdym spojrzeniu kryjąc obietnice i pokusy. Anna z ulgą zauważyła u Aleksandra coraz wyraźniejsze objawy odurzenia. W ten sposób łatwiej będzie całą operację przeprowadzić, pomyślała uspokajając się i szykując psychicznie na spotkanie z Najstarszą. Pani de Rouvienne zawsze wzbudzała w niej swoisty lęk, prawdopodobnie gdyby nie siła Krwi Matki, nie potrafiłaby nawet spokojnie spojrzeć jej w oczy. W tej jednak sytuacji poprawiła jedynie kurtkę na ramionach, ściągnęła rękawiczki, mocując je przy pasku i pchnęła skrzydła prowadzących do rezydencji drzwi.
Nic się nie zmieniło od ostatniej jej wizyty. Zdziwiłaby się także, gdyby powiedziano jej, że cokolwiek zmieniło się tu od dziesięcioleci. Rzęsiste oświetlenie - zasługa wielkiego kryształowego kandelabru - połysk wszechobecnego białego marmuru, meble ze szlachetnego drewna, korytarze prowadzące na boki i marmurowe schody na wprost, wznoszące się ku pierwszemu piętru. Tam jedne z białych drzwi były lekko uchylone. Gabinet pani de Rouvienne był zaciemniony. Huk rozbijającego się o marmurową posadzkę szkła wyrwał Annę z zamyślenia. Zaskoczona, z sykiem i obnażonymi kłami, rzuciła szybkie spojrzenie na piętro, skąd dobiegł hałas. Nie widząc jednak bezpośredniego zagrożenia, opanowała się, zmuszając do powrotu do normalnego wyglądu. Było na to jednak już za późno, spojrzenie szeroko rozwartych oczu Aleksandra przeskakiwało z jej ust, to na spokojne już teraz oczy, to na otwarte drzwi na piętrze. Nie mając wyboru, Anna zebrała się w sobie i z zimnym spojrzeniem wycedziła “Siadaj”. Posłusznie klapnął na stojące za nim białe krzesło.
- Zostaniesz tu, dopóki nie wrócę. Nie ruszysz się stąd bez mojego polecenia - był w stanie jedynie potakująco kiwnąć głową, niezdolny do żadnego innego ruchu. Tak też pozostał, z dłońmi na kolanach, sztywno siedzący na krawędzi niewygodnego krzesła, gdy ruszyła szybkim krokiem po schodach. Przed drzwiami zatrzymała się, oparła plecami o ścianę obok i rzuciła szybkie spojrzenie do wewnątrz, przez półotwarte drzwi. Okruchy szkła na czarnym marmurze, smuga jasnego światła krzywo przecinająca ciemny poza tym pokój. Ewidentnie lampka z biurka, ale jakby przekrzywiona. Ślady walki?
Sięgnęła ku drzwiom, uchylając je do końca wierzchem otwartej dłoni. Zajrzała, wychylając się nieco, do środka. Przed masywnym, hebanowym biurkiem, pochylona i wsparta o nie na pięściach, stała rosła sylwetka ubranego w zszargany denim mężczyzny. Za nim zaś, w głębokim skórzanym fotelu, bezwładnie spoczywało ciało pięknej pani de Rouvienne, z wbitym w głęboki dekolt bogatej sukni kawałkiem czarnego drewna, który zapewne wcześniej stanowił integralną część zabytkowego biurka. Mężczyzna dyszał ciężko, usiłując złapać oddech, jakby przed chwilą odbył jakąś niezwykle ciężką walkę, choć stan pomieszczenia na to nie wskazywał - jedynymi zniszczeniami była rozbita o przeciwległą ścianę pusta karafka i zdewastowane biurko. Mimo to, mężczyzna nie przestawał kurczowo zaciskać dłoni na jego krawędzi. Puste spojrzenie pani de Rouvienne dryfowało gdzieś ponad jego ramieniem.
Anna zamknęła na sekundę oczy, usiłując stłumić narastający lęk, zmusić głos do posłuszeństwa. W tej chwili nie mogła zabrzmieć słabo. Odetchnęła w duchu z ulgą, gdy jej słowa rozbrzmiały dźwięcznie, pewnie i donośnie. Wiedziała, że musi teraz dobierać słowa i ton ze szczególną ostrożnością.
- Matt. Co się stało?
Mężczyzna odwrócił głowę, spoglądając w kierunku Anny ponad ramieniem. Jego oczy, okolone silnymi, gęstymi brwiami, w blasku lampki świeciły niemal upiorną, gęstą żółcią tęczówek. Mocny zarost pokrywający policzki uwydatniał tylko grymas ust odsłaniających silne kły i dziąsła. Ślepia i kły drapieżnika.
- Matt?
Potrząśnięcie głową i odwrócenie spojrzenia były jedyną odpowiedzią. Matt spojrzał na ciało na fotelu i znienacka rąbnął pięścią o blat biurka, zostawiając na jego powierzchni zauważalne wgłębienie. Wsparty o biurko, zwiesił głowę, wydając z siebie niski, basowy pomruk frustracji i niezadowolenia.
- To miała być prosta robota - wywarczał z pretensją, odwracając się do niej, prostując na pełną wysokość swych metra dziewięćdziesięciu - Prosta, zyskowna robota. Prawda? - uniósł brew, co przy grymasie uniesionych warg i rozszerzonych wściekłością oczu nadało jego spojrzeniu nader upiorny i oskarżycielski wygląd.
- Matt, nie wiem o czym mówisz. Nie wiem nawet co poszło nie tak - przepraszała, kajała się, choć wbrew swej woli. Znała Matt’a i wiedziała do czego zdolny jest rozjuszony. Musiała czym prędzej rozładować sytuację.
- Korona Trzech Rzek, wiesz doskonale czego tu szukałem - ruszył ku niej, spięty, w razie potrzeby cały czas gotów do walki. Mówił jednak, a to znaczyło że wciąż myśli klarownie - Wiedźma trzyma ją w podziemiach. Nie powiedziałaś jednak nic o strzegącym jej rytuale. Nie byłem w stanie zbliżyć się do szkatułki na mniej niż trzy kroki.
Więc przyszedłeś wydusić z “wiedźmy” sposób na ominięcie zabezpieczeń? W zasadzie słusznie, pomyślała, nie mówiąc tego jednak na głos. Zamiast tego, pokiwała głową spokojnie, pokazując mu, że rozumie problem z jakim się spotkał. Ruszyła w jego kierunku, kilka spokojnych kroków, byle tylko zmniejszyć dystans i sprawdzić na ile pozwoli. Raz, dwa, trzy, cztery… Sporo. Na razie dość.
Stała teraz o nie więcej jak pięć metrów od niego, wciąż nie rozluźnionego.
- Chciała mnie złamać. Nie miałem wyboru - pokręcił głową, z niedowierzaniem spoglądając przez ramię na fotel i zwisające w nim ciało pięknej kobiety.
Wyobrażam sobie, pomyślała ze smutkiem opuszczając wzrok. Wyobrażam sobie, jak wyglądać mogła próba zrobienia będącemu w głębi duszy dumnym i dzikim zwierzęciem Mattowi tego, co sama zrobiła z taką łatwością z potulnym Aleksandrem, zapewne wciąż przykutym do krzesła przy wejściu. Nic dziwnego, że impulsywnie rozprawił się z zagrożeniem w najefektywniejszy dostępny sposób. Tyle choć dobrego, że kontrolował się wystarczająco, by jej nie zabić.
Gdy spojrzała na niego ponownie, był już opanowany, stał nieco bliżej. Rysy jego twarzy złagodniały, oczy odzyskały bogatą zieloną barwę którą tak ukochała. Wyglądał na pogodzonego z obecną sytuacją. Wyciągnął dłoń ku jej twarzy, muskając palcem policzek i usta. Niespodziewanie zatroskane, jakby przepraszające, spojrzenie zaskoczyło ją zupełnie, tak samo jak ukłucie ostrego bólu w okolicy mostka.
- Tak będzie dla ciebie prościej… - zdążyła jeszcze usłyszeć, nim pogrążyła się w przepełnionych koszmarami odmętach niepamięci.
Zerwała się z niemym krzykiem i szeroko rozwartymi oczami o olbrzymich źrenicach i przekrwionych białkach, usiłując nabrać powietrza do obumarłych płuc, wykrzyczeć swą dezorientację i przerażenie nagłym przebudzeniem. Zamiast tego, z jej ust wydobył się jedynie suchy wizg, podobny rzężeniu konającego. Usiadła na ziemi, rozglądając się wkoło z przestrachem. Wokół niej kłębiło się kilkanaście osób, większość zajętych stojącą przed strzaskanym biurkiem panią de Rouvienne. Po prawdzie, Annie poświęcała uwagę wyłącznie jedna z nich. Stojący obok, ubrany w czarny bawełniany golf, wojskowe spodnie tego samego koloru i mocne spadochroniarskie buty, około czterdziestoletni mężczyzna o szpakowatych półdługich włosach spiętych w kitkę trzymał w zaciśniętej dłoni zakrwawioną szczapę hebanu. Oddał ją osobie stojącej najbliżej, a dłoń wyciągał do niej, proponując pomoc przy wstaniu. Pokręciła przecząco głową. Nie była w stanie się podnieść, jeszcze nie teraz. Zrozumiał od razu, gdyż zaraz w jego ręku pojawiła się porcja krwi do transfuzji. Skinęła głową, nie umiejąc inaczej podziękować i żarłocznie wgryzła się w opakowanie. Krew, mimo iż zimna, dała jej dość siły by spróbować stanąć na nogi i zdać sobie sprawę z zasklepienia rany na piersi. Szeryf Myers tymczasem zapalił papierosa i obserwował ją bacznie, stojąc kilka metrów dalej, spokojnie paląc i konsultując się ze swoim asystentem, któremu przekazał prowizoryczny kołek dobyty z piersi Anny.
- Napastnik był tylko jeden, najprawdopobniej zmiennokształtny - powiedział, podchodząc znowu bliżej - Dom nie ma nowoczesnych zabezpieczeń, nie sposób więc liczyć na nagranie z kamer wideo. Pamiętasz może jednak jak wyglądał?
Pokręciła jedynie przecząco głową, wciąż zbyt osłabiona, by robić cokolwiek poza próbą utrzymania się w pionie. Nawet tak proste zadanie zdawało się ją przerastać, toteż z zauważalną ulgą wsparła się plecami o zdobioną marmurem ścianę. Kłamanie Szeryfowi nie przychodziło jej z łatwością, na jej szczęście jednak nie zadawał sobie więcej trudu niż to było konieczne, uznając zapewne sprawę za dość klarowną. Niechybnie wydobył już stosowne zeznania z Aleksandra. Właśnie, Aleksander…
- Był tu ze mną ktoś - wykrztusiła w końcu, dławiąc się podchodzącą do gardła krwią. - Tak, wiem. Opowiedział mi co się działo, przynajmniej to, co widział ze swojego miejsca. Umieściliśmy go w oddzielnym pokoju, uprzednio wyklarowawszy mu kilka rzeczy. Nie jesteś o nic oskarżona. Wykonywałaś polecenie swojej Matki.
Anna odetchnęła z ulgą, w tej samej chwili uświadamiając sobie, że Matt jest gdzieś tam, samotny, właśnie stając się celem polowania.
- A co z napastnikiem? - zapytała, może nawet nadto pośpiesznie, aczkolwiek Szeryf nie zwrócił na to uwagi. Musiała się upewnić, jaki będzie wyrok, choć wiedziała, że o innym mowy być nie może.
- To już leży w gestii Księcia. Będę obstawał za Łowami - stwierdził Szeryf Myers, kiwając dłonią na swoich ludzi i opuszczając z nimi pomieszczenie.
Anna oderwała się ciężko od ściany, usiłując nie patrzeć na otoczoną służbą panią de Rouvienne. Za oknem Księżyc wisiał nisko nad linią horyzontu, przeglądając się w światłach miasta, wielki i nabrzmiały. Nie dalej jak dwadzieścia kilometrów od niej, Matt Wyland ostatni raz uniósł spojrzenie ku rozgwieżdżonemu niebu, po czym przekroczył granicę między światami. Przed nim była długa droga, a konfrontację z Szeryfem wolał odłożyć na później. Świat duchów otworzył się, pochłonął go bezszelestnie i nie było już po nim ani śladu. Tylko wiatr wspominał jeszcze przez kilka chwil przejście Tego-Który-Łączy-Światy.
Szeryf Myers obserwował ze swego samochodu Annę wychodzącą z rezydencji de Rouvienne w asyście kilku osób. Patrzył ze spokojem, jak wsiadała do czarno-czerwonego Mustanga, odpalała głośny silnik i ruszała ze zrywem, byle dalej od tego miejsca. Minutę później odezwała się jego komórka.
- Myers - odebrał lakonicznie.
- Szeryfie, tu Adrien. Przejechała obok nas, kieruje się na północ, ta droga prowadzi w góry.
- Jedźcie za nią.
- Tak jest.
- Utrzymajcie także nasłuch na częstotliwości i sygnaturze jej telefonu. Nagrywajcie wszystko, doprowadzi nas do Wyland’a.
- Zrozumiano - potwierdził rozmówca Szeryfa i rozłączył się w chwilę potem.
Szeryf zaciągnął się papierosem, przechylił się przez oparcie fotela i sięgnął na tylną kanapę po niewielką szkatułkę. W sumie de Rouvienne nie miała wielkiego wyboru, pomyślał oglądając cienki rzemienny pasek zwany Koroną Trzech Rzek. Uratowałem jej życie, nie miała innego wyboru, jak mi się odwdzięczyć. Niezgorzej pomyślane, z Wyland’em rzeczywiście nieźle się robi interesy. Cholerna szkoda, że muszę go ubić, pomyślał Szeryf włączając silnik i wyrzucając niedopałek przez uchyloną szybę wprost do kałuży.
Halogeny rozcięły półmrok na podjeździe przed rezydencją de Rouvienne, koła zagarnęły żwir i wypchnęły pojazd do przodu, na drogę i przez bramę, ku górom.
Pani de Rouvienne patrzyła za samochodem Szeryfa, który jako ostatni opuścił jej posesję. Dotknęła miejsca, gdzie jeszcze niedawno w jej piersi ziała dziura po prymitywnym kołku. Służący podał jej telefon, aparat stylizowany na pochodzący z dwudziestolecia międzywojennego. Wybrała kilka cyfr i uniosła słuchawkę do ucha.
- Markus? Wataha Trzech Rzek utraciła właśnie przewodnika. Czas na twój ruch…
Tekst powstał pierwotnie na potrzeby serwisu Poltergeist.
Co Cię podkusiło, żeby zastosować taką nadprodukcję opisu? To bardzo niebezpieczne grafomańskie zapędy. Należy je powściągnąć. Bez tej powściągliwości nie ma literatury - jest tylko żmudne przedzieranie się przez tekst.
Nie ma sensu tak dokładnie opisywać pewnych rzeczy. Lepiej ująć coś w dwóch/trzech trafnych zdaniach, niż męczyć czytelnika w ten sposób. Chyba żeby to był przykład naprawdę pięknego stylu, no ale… sam się pewnie domyślasz, że takim nie dysponujesz.
Przypomina mi to trochę dosłowne tłumaczenie z angielskiego, a to bardzo nie dobrze. Posłużę się bardzo obrazowym przykładem:
Otóż wyobraźmy sobie dwóch bohaterów, siedzących przy stole, zajętych różnicą poglądów.
I teraz w polskiej książce:
“Jan szurnął krzesłem i trzasnął drzwiami pozostawiając Jerzego bez odpowiedzi.”
W amerykańskiej:
“Jan nie odpowiedział. Wstał, szurnął przy tym krzesłem, następnie ruszył ku drzwiom, które, wyszedłszy, zamknął za sobą z trzaskiem.”
U ciebie wygląda to tak, jakbyś pisał po angielsku i tłumaczył słowo w słowo. Warto nad tym popracować.
Następna rzecz - nie radzisz sobie ze zdaniami wielokrotnie złożonymi, a nagminnie takich używasz. Podziel zdania. Skróć je. Będzie zgrabniej, ładniej i wdzięczniej.
Następna rzecz - w bardzo drewniany sposób składasz zdania. Brakuje tu polotu, jakiejś lekkości. Bo nawet ciężki, przeładowany, soczysty i nad-opisowy styl (a nawet zwłaszcza taki) winien odznaczać się pewną płynnością, której u Ciebie zdecydowanie brak. Materia stawia opór, niestety. A czytelnik nie będzie walił czołem w literacki mur, tym bardziej, jeśli za tym murem niewiele się kryje.
Problemem jest u ciebie też brak pewnej obrazowości. Tak uporczywie starasz się wszystko opisać za pomocą sztywnych, niemal technicznych wyjaśnień, że usypiasz tym samy czytelniczą wyobraźnię. A tutaj potrzeba jakiegoś niedopowiedzenia, czasem starczy ledwie sugestia. Bo najbardziej sugestywne jest to, co kryje się między wierszami - chcesz np. pokazać, że koleś jest skończonym burakiem? Wystarczy jedno wypowiedziane przez niego zdanie i czytelnik dopowie sobie resztę. Chcesz pokazać odjechaną brykę? Napisz, że sportowy wóz z piskiem opon zatrzymał się na parkingu. Inne samochody zdawały się przy nim pąsowieć, jak zabiedzone szwaczki przy supermodelce. Wiesz, o co mi chodzi…
Na koniec pozwolę sobie zacytować samego Marka Twaina i radzę uważnie przyjrzeć się jego zasadom, bo to esencja absolutnych i elementarnych podstaw literatury, jakie należy opanować, zanim zacznie się publikować jakiekolwiek teksty. A Tobie jeszcze wiele brakuje do tego podstawowego poziomu. Masz potencjał, ale grafomańskie zapędy wyraźnie Cię stopują. Podstawą winna być w tym wypadku samodyscyplina.
Oto 18 żelaznych zasad by Mark Twain:
1. Opowieść powinna mieć jakiś swój cel i dokądś zmierzać.
2. Poszczególne sceny opowieści powinny stanowić jej niezbędne części i służyć jej rozwijaniu.
3. Postaci powinny być pełne życia, poza tymi, które są martwe, a czytelnik powinien zawsze być w stanie odróżnić jedne od drugich.
4. Postaci występujące w opowieści, zarówno żywe jak i martwe, powinny mieć uzasadniony powód, by w niej występować.
5. Kiedy postaci angażują się w rozmowę, winna ona przypominać rozmowę ludzi, i być rozmową jaką istoty ludzkie byłby skłonne przeprowadzić w zaistniałych okolicznościach, mieć jasne ( dla czytelnika -MF) znaczenie, równie jasny cel, winna być istotna (dla rozwoju akcji-MF), trzymać się danego tematu, zainteresować czytelnika, pomóc się rozwijać opowieści i skończyć się, kiedy jej uczestnicy nie będą mieli już nic do powiedzenia.
6. Kiedy autor opisuje charakter postaci, jej zachowanie i prowadzone przez nią rozmowy winny pasować do w/w opisu.
7. Jeśli postać na początku akapitu wygłasza przemowę będącym żywym przykładem najwyższej jakości retoryki z bogato ilustrowanych, ręcznie oprawionych w cielęcą skórę ksiąg z dziewiętnastowiecznymi opowiastkami, to na jego końcu nie powinna mówić niczym Murzyński pieśniarz.
8.Ani autor, ani postaci występujące w opowieści nie powinni wciskać czytelnikowi bezsensownych głupot ubierajac je w piękne słówka
jak “mistrzostwo drwala - subtelna sztuka której tworzywem las”.
9. Postaci powinny zdawać się w swoich działaniach na możliwości, a nie na cuda. A jeśli zdarzy się tak, ze napotkają na swojej drodze cud, autor powinien tak go umiejscowić, by wydawał się być uzasadniony i prawdopodobny.
10. Obowiązkiem autora jest sprawić, by czytelnika zainteresowały postacie występujące w opowieści i ich losy. Powinien sprawić, by czytelnik kochał dobrych bohaterów, a złych nienawidził.
11. Postaci występujące w opowieści winny być na tyle dokładnie opisane, by czytelnik mógł przewidzieć jak się zachowają w danej sytuacji krytycznej.
12. Powiedz to ustami postaci to, co powinny powiedzieć, a nie ledwie ocieraj się o to.
13. Używaj właściwego słowa, nie tego, które jest jego piątą wodą po kisielu.
14. Unikaj przesady.
15. Nie pomijaj istotnych szczegółów.
16. Unikaj niechlujstwa formy.
17. Stosuj się do zasad gramatyki.
18. Pisz stylem jasnym i prostym.
Pozdrawiam
Ilustracja pasuje do tekstu - przeładowana dosłowna i kiczowata. Jak sam tekst.
Trochę tego nie rozumiem - robisz nowy serwis, przygotowujesz go od paru tygodni i ostatecznie ładujesz tu teksty który został potwornie zjechany w innych miejscach. To chyba znak że tekst się nie broni i może nie warto zabrudzać nim nowych czystych, białych kart??? Napisałeś sporo fajnych rzeczy (recki itd) wiec chyba nie masz syndromu - może jest kiepski ale ja to zrobiłem i szkoda mi go wyrzucić - za duży jesteś na to
Z całego serca życzę wielu znakomitych tekstów!
pozdrawiam serdecznie.
Hej. Dzięki za uwagi. Pozwólcie że do części się odniosę, nadmieniając przy tym iż opowiadanie ma już dwa lata i od tego czasu jak przypuszczam mogło mi się nieco poprawić
@Hierofag
Co Cię podkusiło, żeby zastosować taką nadprodukcję opisu?
Zastosowanie przesyconego, barokowego opisu to była świadoma decyzja i swego rodzaju eksperyment.
Przyznałem w kilku miejscach iż przedobrzyłem, aczkolwiek tekst zbierał różne opinie, także pozytywne. Kwestia odporności na złożoność opisu. Zdaję sobie sprawę iż można było zrobić to lepiej, ale to raczej brak tego “lepiej / sprawniej / płynniej / nie aż tak gęsto” jest tu kluczowy (a zatem nic nad czym nie dałoby się popracować), a nie sam zabieg stylistyczny.
To bardzo niebezpieczne grafomańskie zapędy.
Należy je powściągnąć. Bez tej powściągliwości nie ma literatury - jest tylko żmudne przedzieranie się przez tekst.
De gustibus. Nie porównuję się bynajmniej, bo zdecydowanie mam o cztery kropki mniej w “Ekpresja (literatura)”, ale przecież Joyce’a czy Miltona jednak da się czytać - też przecież miejscami ciężko i opornie. Więc znowu, moim zdaniem opinia chybiona i nie w tym rzecz.
Nie ma sensu tak dokładnie opisywać pewnych rzeczy. Lepiej ująć coś w dwóch/trzech trafnych zdaniach, niż męczyć czytelnika w ten sposób.
Chyba że wrażenie przytłoczenia czytelnika przez mnogość detali, wywarcia nań właśnie takiego wrażenia, złamania go przez nasycenie opisu, jest tym o co chodziło, n’est ce pas? To nie miało być w zamyśle lekkostrawne opowiadanko. Owszem, przyznaję, przedobrzyłem. Ale dokładnie taki efekt chciałem osiągnąć - przepychu formy ukazywanego przez barokowość opisu, zwłaszcza tam gdzie na scenie jest “arystokracja”.
Chyba żeby to był przykład naprawdę pięknego stylu, no ale… sam się pewnie domyślasz, że takim nie dysponujesz.
To było chyba jednak odrobinę nieuprzejme.
Przypomina mi to trochę dosłowne tłumaczenie z angielskiego, a to bardzo nie dobrze. Posłużę się bardzo obrazowym przykładem:
Otóż wyobraźmy sobie dwóch bohaterów, siedzących przy stole, zajętych różnicą poglądów.
I teraz w polskiej książce:
“Jan szurnął krzesłem i trzasnął drzwiami pozostawiając Jerzego bez odpowiedzi.”
W amerykańskiej:
“Jan nie odpowiedział. Wstał, szurnął przy tym krzesłem, następnie ruszył ku drzwiom, które, wyszedłszy, zamknął za sobą z trzaskiem.”
U ciebie wygląda to tak, jakbyś pisał po angielsku i tłumaczył słowo w słowo. Warto nad tym popracować.
Przyznaję iż po latach kontaktów z językiem angielskim i pracy tłumacza ang-pol/pol-ang mogą przenikać się u mnie szablony gramatyczne. Wiele na to nie poradzę, w podręcznikach na szczęście wspiera mnie redaktorka-polonistka
Nie zgodzę się jednak że drugie z twoich zdań ma strukturę typową dla języka angielskiego. Zdania złożone, oparte także na konstrukcjach imiesłowowych, są zdaniami typowo polskimi. To, iż z rzadka spotyka się je w mowie potocznej lub tekstach gazet, nie oznacza jeszcze iż są zapożyczeniami.
Następna rzecz - nie radzisz sobie ze zdaniami wielokrotnie złożonymi, a nagminnie takich używasz. Podziel zdania. Skróć je. Będzie zgrabniej, ładniej i wdzięczniej.
Przyznaję ponownie - konstrukcje mogą być przeładowane, przeciążone i zbyt złożone. Najpewniej dobrze by im zrobiło poszatkowanie ich nieco. Rozumiem że to masz na myśli przez “nie radzisz sobie”? Brzmi to bowiem niemal jakby zdania te były skonstruowane niegramatycznie.
@bob_thorp
Ilustracja pasuje do tekstu - przeładowana dosłowna i kiczowata. Jak sam tekst.
Nie widzę powodu dla którego miałby to być argument kontra. Tak właśnie miało być.
Trochę tego nie rozumiem - robisz nowy serwis, przygotowujesz go od paru tygodni i ostatecznie ładujesz tu teksty który został potwornie zjechany w innych miejscach. To chyba znak że tekst się nie broni i może nie warto zabrudzać nim nowych czystych, białych kart???
Wiesz, “nie broni się” to subiektywne określenie - został zjechany potwornie w paru miejscach, gdzie nie było mowy o życzliwej krytyce. Tam, gdzie krytyka taka się pojawiła, przyjąłem ją i zaakceptowałem - vide niektóre ze stwierdzeń padających powyżej. Docierały do mnie jednak również pozytywne opinie o tym tekście.
Tym niemniej, pozytywne czy negatywne zewnętrzne opinie nie mogą być dla mnie decydującymi - są ważną wskazówką, ale nie są wszystkim. W przeciwnym razie bowiem niektórych moich recenzji i wcześniejszych tekstów również nie powinno tu być, ponieważ gdzie indziej komuś się nie podobały. Przyjmę każdą konstruktywną krytykę, nie z każdą muszę się jednak zgodzić, nie każdą muszę obrać za wytyczną dalszego postępowania.
Napisałeś sporo fajnych rzeczy (recki itd) wiec chyba nie masz syndromu - może jest kiepski ale ja to zrobiłem i szkoda mi go wyrzucić - za duży jesteś na to
Przyznam szczerze - owszem, darzę ten tekst, razem z jego ilustracją, pewnym sentymentem. Jestem z niego zadowolony jako z eksperymentu literackiego - oczekiwane wrażenie na czytelnikach wywarłem, aczkolwiek zamiast ich przytłoczyć, to ich zmiażdżyło. Ot, przesadziłem
Lubię jednak ten tekst, również jako udaną moim zdaniem trawestację pewnej niewielkiej, doskonale wszystkim znanej fabułki
Wiem o co chodzi… i nie zdradzę tytułu o którym mówisz.
odwraca czytelnika od gry którą z nim prowadzisz…
być może gargantuiczność opisu
pozdo.
@bob_thorp
Wiem o co chodzi… i nie zdradzę tytułu o którym mówisz.
Cieszę się że odczytałeś
być może gargantuiczność opisu
odwraca czytelnika od gry którą z nim prowadzisz…
Prawdopodobnie w tym właśnie leży przyczyna porażki u części czytających. Odporniejsi przebrnęli, wzmiankując że było ciężko, albo i to nie (ale to twardziele z polonistyki ;P), pozostali niekoniecznie i podziękowali za współpracę.
Następnym razem obiecuję mniej zasieków i pole minowe głębokie tylko na 25 metrów
Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie chciałem być nieuprzejmy. Po prostu uważam, że dorosła osoba pisująca coś od czasu do czasu zna swoje ograniczenia. To że nie dysponujesz pięknym stylem jest w tym wypadku oczywistością bez żadnego podtekstu z mojej strony. I sądzę, że zdajesz sobie sprawę z tego, nie sądziłem więc, że może Cię to w jakiś sposób urazić. Jeśli tak się stało, to przepraszam.
nie porównuj się do zawodowców. Tak jest najłatwiej, a jak sam zauważyłeś nie starcza Ci jak na razie umiejętności (to nie złośliwość).
Nikt by się nie przyczepił do Twojego tekstu, jeśli byłby równie dobrze napisany. Ale nie jest. Więc jest to IMHO chybiona linia obrony. “Rozpoznanie, generale, rozpoznanie…” Znaj swoje możliwości. Nie namalujesz obrazu bez czegoś, co posłuży Ci za farbę, choćbyś chciał namalować drugą “Panoramę Racławicką”. Tą farbą są tu umiejętności. Bez nich nie osiągniesz zamierzonego efektu. Nikt nie określi więc Twojego tekstu, jako “słabszego o cztery kropki Joyce’a”, tylko jako niezgrabny bełkot (za przeproszeniem).
Następna rzecz - wystrzegaj się jak ognia porównywania swoich eksperymentów literackich do dzieł znanych i uznanych. W ten sposób sam dajesz krytykom broń do ręki. Wyobraź sobie, że jakiś młodzieniec chluśnie farbą na płótno i mu wytkną, że przesadził z fakturą, a on odpowie, że był to efekt zamierzony, nawiązujący do dzieł ekspresjonistów takich to a takich. Może to słaba analogia inie bierz jej do siebie, ale wiesz o co mi biega…
Żeby rozpocząć zabawę z wyższej półki, należy opanować podstawy. Picasso najpierw nauczył się malować ładne koniki, a później wziął się za tworzenie kubizmu. Osobiście jestem miłośnikiem soczystego, przeładowanego opisu. Ale przy braku pewnej lotności pióra, zamiast wywrzeć na czytelniku wrażenie przytłoczenia klimatem, przytłoczysz go po prostu niepotrzebnymi słowami. Zważ, że każdy może napisać cokolwiek i później twierdzić, że efekt miał taki być. Otóż efekt soczystości i ciężaru nie jest tożsamy z efektem “drewna”. Podprogowość i skrótowość przekazu literackiego nie jest zaś tożsama z “łatwością” stylu. Nie mam kłopotu z czytaniem “ciężkiego” stylu, bo sam taki lubię, ale to nie jest efekt, który osiągnąłeś. Tekst ma za zadanie przyciągać czytelnika “poprzez” założony przez autora styl, a nie “mimo” niego. Zaprawdę powiadam
Jeśli chodzi o podany przeze mnie przykład “angielskiego” zdania, to chodziło mi nie tyle o gramatykę, co o styl właśnie.
“Nie radzisz sobie ze zdaniami wielokrotnie złożonymi” - chodziło mi tutaj o to, że nie panujesz nad nimi na tyle, żeby pozostały one dość zrozumiałymi dla czytelnika. Tzn. zrozumieć się da, ale kosztem powolnego brnięcia. I nie chodzi mi tu o powolny spacer przez pełną mnogich barw i ptactwa dżunglę, ale mozolny marsz szarym gruzowiskiem, gdzie widać każdą cegłę, ale żadna nie robi wrażenia. Po cóż więc męczyć się, skoro nie ma nagrody? Istnieje zasadnicza różnica między ciężką i interesującą literaturą, a ciężką i bezbarwną literaturą. Z tym się zapewne zgodzisz?
To że Joyce’a czy Miltona da się czytać, zależy właśnie od tych “Kropek” na ekspresję
Nie można też bronić się na zasadzie, że “niektórym” się podobało. Jestem daleki od porównywania Twojego tekstu do np. Disco Polo, ale zauważ że Disco Polo też się niektórym podobało (przepraszam za tę analogię, bo jest niesprawiedliwa. Chciałem jedynie zobrazować pewne zjawisko). Zapewniam Cię, że na poważnym forum literackim przejechano by się po tym tekście, i to dość mocno.
Do soczystości opisu prowadzi nieco inna droga. Nawet mnogość detali da się opisać tak, by zainteresować, “wchłonąć” czytelnika. Tutaj raczej to działa odpychająco, ze względu na bezbarwne środki wyrazu artystycznego, jakie stosujesz.
Oczywiście da się nad tym pracować, ale nie oczekuj od czytelnika, że zachłyśnie się Twoją prozą już teraz. I niech Cię bogowie bronią (mówię to na zaś) od obrony tekstu w stylu: “- Nie dałeś rady, więc jesteś niewyrobionym czytelnikiem, który oczekuje lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej”. Na to mogą sobie pozwolić tylko uznani pisarze, a nawet im niezwykle rzadko się to zdarza.
Największym wrogiem początkującego autora jest samozadowolenie. Krytyka pobudza i warto się w nią wsłuchać, zwłaszcza kiedy jest szczera i życzliwa.
Z poważaniem…